Ubuntu

Wiele osób może uważać, iż Ubuntu to dystrybucja dla początkujących, nieporadnych itp.
Te same osoby zapominają, że Ubuntu to linux, taki sam jak system (linux) osób, które wyrażają powyższą opinię.

I wielokrotnie na tym blogu pisałem podobny tekst (poniżej), ale mało która osoba chce czytać starocie, czy zagłębiać się w archiwum.

Dlaczego Ubuntu?
To proste: wielka społeczność, prostota, możliwość wyjścia z tej prostoty, optymalizacja i poprawki wobec tego co jest w systemie.

Dlaczego na przykład nie Mint?
Bo na Ubuntu mogę wprowadzić odpowiednie repozytorium, zainstalować cinnamon i udawać, iż mam Mint-a (bo to będzie Mint).

Dlaczego nie elementary os?
Ta sama odpowiedź co w przypadku Mint-a.
To samo tyczy się wszystkim innych dystrybucji opartych o Ubuntu. Nie potrzebuję pobierać, instalować ich, aby je posiadać zainstalowane – Ubuntu mi na to pozwala.

Dlaczego nie Fedora, Opensuse, i tak dalej?
Bo jeszcze żadna dystrybucja nie przekonała do siebie na tyle, abym chciał z niej korzystać dłużej niż od jednego do tygodnia. Nawet Archa trzymam jako dystrybucję ratowniczą, zapasową.
I w każdej innej dystrybucji niż Ubuntu zawsze coś mnie irytowało.

Czy to przyzwyczajenie?
I tak, i nie.
Przyzwyczaiłem się do struktury plików w Ubuntu, borykania się z pewnymi problemami, czy błędami. Ale najbardziej przekonuje mnie społeczność.

I nie mam zamiaru nikogo przekonywać, ani do systemu linux, czy do Ubuntu. 
To jest mój wybór, moja decyzja. Ty możesz inaczej wybrać, a możesz nawet korzystać z systemu Windows, i akceptuję to, bo to twój wybór i nic mi do tego.

Ale pamiętajmy, iż system na komputerze/laptopie nie świadczy o danym człowieku, jego poglądach, czynach, czy sposobie myślenia.
:)

Numerki, numerki, ja wszystkie was numerki…

(Do napisania poniższych wypocin zainspirował mnie komentarz pod jednym z wpisów.)

Wyświechtany już slogan: Linux to nie Windows, czy OSX, jest nudny, ale prawdziwy.

Mógłbym rzec, że linux właśnie numerkami stoi.

System rozwojowy czegokolwiek na systemie Windows, czy OSX polega na: wypuszczeniu działającego, posiadającego wszystkie opcje w 99% działające, przy czym większość błędów powinna być usunięta, programu, czy systemu.
Na systemie linux większość rzeczy jest rozwojowa. Nawet samo jądro jest cały czas rozwijane, już nie wspominając o elementach systemu. Chciałbym zobaczyć taki cykl aktualizacji jądra w systemie Windows. Chyba mało która osoba wie, iż Vista i 7-emka miały te samo jądro.
A na systemie linux?
Gnome-shell oraz gtk3 – co wersja to masę poprawek i jakieś zmiany. Plasma5 (KDE) – wprowadzenie nowości i likwidowanie błędów. A pomyśleć, iż pulpit to prawie podstawa, aby wszystko w nim działało tak jak ma działać, bo patrzymy i używamy go praktycznie przez większość czasu.
Prawie każdy program na systemie linux ma jakieś problemy, błędy, niedociągnięcia, albo coś nie działa (opcja, funkcja). Gdyby takie coś wynikło na systemie Windows, albo OSX to wątpię w to, aby dany twórca udostępnił program oficjalnie, lub program po prostu został by zapomniany przez użytkowników, bo coś nie działa, albo są błędy.

Takie są fakty.

I mam tego świadomość i akceptuję to.
Dlatego kompiluję pewne programy, czy korzystam z wersji rozwojowych, aby być na bieżąco. Ponieważ instalując jakiś program na innym systemie (np. Windows) niż linux wiem, iż jest on w miarę dopracowany, działający i spełniający pewne standardy. Na systemie linux… program może nawet mi się nie uruchomić albo będzie działał topornie, bo będzie wykazywał błąd, mimo iż program jest wydany jako stabilny/oficjalnie. Ile to zgłoszeń błędów odnośnie Ubuntu znaleźć można na różnych forach, czy stronach? Ile osób ma problemy na Ubuntu z grafiką i czarnym ekranem, albo dźwiękiem, czy kartą sieciową, lub czymś tam jeszcze?

W pewnym sensie pogoń za numerkami/cyferkami (nowymi wersjami programów) pozwalają mi nie dość, że posiadać wgląd w zmiany (jakie są dokonywane), to jeszcze mogę zgłosić własne propozycje, czy znalezione błędy.

Jeśli ktoś chce być na bieżąco, to musi samemu się postarać o najnowszą wersję programu, bo nie zawsze społeczność na to pozwala.
I tak można sobie zadać pytanie: Po co w takim razie twórcy dystrybucji dokonują aktualizacji pulpitu, jądra, elementów systemu, czy programów? Mogliby skleić dystrybucję z tego co jest obecnie i wprowadzać jedynie drobne poprawki bezpieczeństwa, a po 3 lub 4 latach udostępnić użytkownikom nową wersję systemu (nowe jądro, nowy pulpit, i wszystkim w systemie). Dlaczego tak się nie dzieje? Bo wiele programów też musiała by być stara, albo przestarzała. A tu chodzi przecież jedynie o system, a nie to co instalujemy na niego. Na system XP (Windows) można nadal zainstalować pewne programy w najnowszych wersjach (obecne czasy) i będzie to działać. Na systemie linux, który został udostępniony około 15 lat temu… Uruchomisz coś z obecnych programów?

Linux… OSX nie stoi

Im więcej tracę czasu, czy sił na doprowadzenie swojego systemu linux, z którego jestem zmuszony korzystać na co dzień, bo system windows przestał działać, tym bardziej zaczyna mnie uwierać „wolność” tegoż systemu.
Radzenie sobie z różnymi problemami, niuansami, błędami, komplikacjami… Dlaczego nie mogę sobie usiąść do laptopa, uruchomić system i ciszyć się najnowszą wersją danego programu, brakiem błędów, problemów?

Ktoś: Ale jaki masz problem? Instalujesz Mint-a i jest wszystko super :)
Ja: A po co mam instalować Ubuntu, z innymi pulpitem i 2% własnych rozwiązań i paczek? Zanim coś powiesz, to sprawdź z jakich repozytoriów korzysta twój system i ile w nim jest oryginalnych paczek twórców tego systemu, a ile paczek innego. Co innego kiedy dystrybucja bazuje na innej, ale 60-70% paczek przetwarza i wprowadza własne poprawki, czy ulepszenia, niż kiedy system w 98% to ten drugi (znienawidzony) zły inny system.

I mimo wierności systemowi linux, to mam ochotę czasami odpocząć od tego systemu.
Cały czas chodzi mi po głowie myśl, aby kupić używanego przestarzałego, ale działającego MacBook-a. Uruchamiam system, i o nic się nie martwię, bo większość rzeczy nie zależy od mnie. Co więcej, system OSX został tak skonstruowany, iż nie uruchamiasz go po to, aby ktoś ci mówił co masz robić, ale to ty decydujesz o wszystkim, bo uruchamiasz go aby coś robić, a nie się nudzić. I powiem szczerze, że im więcej mam lat, tym bardziej przemawia do mnie ta filozofia – to nie system rządzi tobą, ale to ty rządzisz systemem – nie uruchamiasz systemu, bez powodu, ale aby na nim coś robić, działać, tworzyć, bo nawet takie nudzenie się ma jakiś cel np. relaksację, a nie puste gapienie się w ekran.

Brakuje mi w linux czasami właśnie takiego podejścia do systemu, iż mam to co ja chcę, a nie ktoś za mnie o tym postanowił, nie ważne czy to jest mi potrzebne, czy nie.

I tak, z tego tekstu nic nie wynika, bo nie ma nic wynikać… :)
Kończąc mój marudny wywód:
Używam Ubuntu, ale… liferea – kompiluje, midori – kompiluje, obs-studio – kompiluje, openshot-qt (w tym libopenshot-audio, libopenshot) – kompiluje, zaś claws-mail mam z Archa (działa), scribus – wersja svn.
Dawno temu kompilowałem: xfce4 (działało nawet lepiej niż oryginał), e17/Enlightenment (działało), gnome-shell (nie udało się – błędy).

Po co kompiluje?
Bo ręcznie mogę sobie ustawić pewne opcje, a przede wszystkim to nie chce mi się czekać na twórców danej dystrybucji, aby zaktualizowali dany program, który praktycznie nigdy nie aktualizują na czas, albo olewają aktualizację. Tak, Ubuntu ma launchpad, ale i tam z aktualizacjami do najnowszej wersji to różnie bywa.

Czasami mam wrażenie, że chyba za szybko się starzeję i to co kiedyś (kilka lat temu) mnie rajcowało, to teraz zaczyna mnie uwierać ;)

o btrfs

Historia wydarzyła się naprawdę… (kolejna)

Kilkanaście dni temu postanowiłem, pchany pewną myślą, przetestować format dysku w systemie btrfs.

Ile wiedziałem o btrfs?
Nie wiele, a prawie nic. No może tyle, że lepsze pod względem kopiowania, czy innych rzeczy z plikami do ext4 nie jest. I chyba tyle.

Zaczęło się od tego, iż przerobiłem jedną z partycji (na btrfs), przekopiowałem na nią katalog systemowi i dokonałem dowiązania symbolicznego. System nie wykazuje z tym żadnych problemów.

Więc w ramach dalszych testów padło na Archa. Ale dopiero później zorientowałem się, że popełniłem błąd dokonując conver-u dysku do btrfs użyłem sudo. Niby nic, ale normalnie polecenie „przeinaczania” partycji/dysku dokonuje się bez tego „dodatku”.
Okazało się, że dystrybucji… nie daje się uruchomić. „Przerabiania” dysku dokonywałem pod Ubuntu, ale to chyba żadna różnica. Później okazało się, iż aby Arch działał muszę zrobić chroot, dokonać konfiguracji jądra, aby „zaskoczyło”, dokonać zmiany w GRUB i plikach każdej z dystrybucji, aby każdy z systemów wiedział jaki rodzaj partycji uruchamia.
Po tym zabiegu Arch się uruchomił. Ale jedynie tyle. Jednie, bo format wszystkich plików stał się automatycznie jedynie do odczytu. Nic nie można było uruchomić (jedynie system i pulpit), żadnego programu, bo każdy chce zapisywać jakieś dane, a nie może tego zrobić.

Postanowiłem dokonać formatowania większości partycji do btrfs. Okazało się to zgubne. Przerobienie partycji na której było zainstalowane Ubuntu… Działało, ale nie działało. Każda z partycji, nawet sformatowanych, nie pozwalała na zapisanie, tworzenie, czy kasowanie plików. Uratowało mnie drugie Ubuntu, które pozostało na partycji ext4.

Kończąc moją opowieść, to później było kopiowanie zawartości partycji, formatowanie ich do ext4 (z btrfs) i ponowne kopiowanie. Nie udało mi się dokonać konfiguracji Archa wg. różnych instrukcji, aby działał właściwie na btrfs.
Skończyło się na tym, iż zainstalowałem Ubuntu na czysto na btrfs, które samo skonfigurowało sobie partycję i katalogi. I to rozwiązanie działa.

Co się dowiedziałem na temat btrfs?
Wpisując btrfs kojarzy mi się z better file system (lepszy system plików).
Iż subvolume – fajne, ale mnie nie chwytają.
Czy ja wiem, czy btrfs jest lepsze od ext4?

ps.
Nie podaję żadnych poleceń, ani rozwiązań. Tekst ma dać raczej do myślenia, czy rozmyślania…